wtorek, 17 kwietnia 2018

Sugar Scrubs, L'Oreal | Warto wypróbować?


Po glinkowych maskach L'Oreala nie miałam już ochoty testować ich nowości. Zawiodłam się, zobaczyłam, że szału nie ma i zniechęciłam. Gdy pojawiły się w sprzedaży peelingi Sugar Scrubs podeszłam do nich sceptycznie, zrażona doświadczeniami. Niby chciałam spróbować, jednak przy każdej możliwej okazji i próbie, kosmetyk wędrował z mojego koszyka ponownie na półkę. 



Przyczaiły się na mnie w Carrefourze, kiedy zmęczona po pracy robiłam zakupy spożywcze. Rzuciłam okiem, są. Dostępne wszystkie wersje - z kiwi, masłem kakaowym i z pestkami winogron. Myślę, nie... daruję sobie. Zerkam cena promocyjna 25 zł.. myślę, myślę.. w końcu kupiłam. Uwielbiam peelingi, czy do ciała, czy twarzy.. Nałóg wygrał. Skusiłam się na wersję odżywczą z dodatkiem masła kakaowego, z ziarenkami kakaowca i olejem kokosowym. Jego pojemność to 50 ml. Znajduje się w szklanym, solidnym słoiczku. 



Odpowiadając na pytanie.. Czy warto wypróbować? Zdecydowanie warto! Cieszę się, że pomimo mojego nastawienia i chwilowego focha na L'Oreal jednak dałam się skusić. Peeling ma bardzo przyjemną, kremową, gęstą i tłustą konsystencję. Jest wydajny, aplikuje się bezproblemowo. Chociaż nie jest typowym zdzierakiem (jak najbardziej dla osób o wrażliwej i naczyniowej cerze!) dokładnie oczyszcza skórę i pozostawia ją gładką i miękką w dotyku. Zaskoczenie jest niemałe. Kosmetyk ten spełnia wszystkie moje wymagania do peelingów - oczyszcza, wygładza, odżywia, a na dodatek ładnie pachnie (hmm.. czekoladowo?) i jest zamknięty w porządnie wykonanym opakowaniu. Myślałam, że nie wypróbuję żadnego z Sugar Scrubs. Dzisiaj myślę, który będzie kolejny. Chyba oczyszczający z kiwi :)

Miękka, czarna kredka do smoky eyes

Szukacie taniej i dobrej kredki do oczu? Idealnej do smoky eyes? Miękkiej, o ładnym, czystym czarnym kolorze? Revive Lashes od marki Floslek wszystkie te cechy posiada.  Mało tego! Jest automatyczna i zakończona gąbeczką do rozcierania :)



W przypadku kredek do oczu najważniejsza jest dla mnie ich konsystencja. Mam oczy bardzo wrażliwe i nienawidzę wręcz, gdy kredka jest za twarda, rysuje mi powiekę, kuje, podrażnia. Musi być mięciutka, łatwa do rozcierania, o dobrej pigmentacji. Taka abym mogła użyć jej w biegu, bez obawy o oczy i makijaż. Revive Lashes to kredka dzięki której stworzysz fajny, przydymiony smoky eyes, subtelnie podkreślisz dolną powiekę, bez problemu narysujesz też prostą, geometryczną kreskę. Jedynym minusem jest jej trwałość - czasami lubi się rozmazać w kącikach, ale przy użyciu bazy na powiekę dzień minie nam bez poprawek i nerwowego spoglądania w lusterko.

bez rozcierania | mocno roztarta 

Jeśli jeszcze nie macie tej kredki w swojej kosmetyczce polecam wypróbować. Dodam, że posiada w swoim składzie witaminę E i jest bezpieczna nawet dla chorych oczu (sprawdzone na sobie!). Cena 13,99 zł. 

niedziela, 8 kwietnia 2018

Lip Scrub Chocolate | Lush




Akurat peeling do ust to taki kosmetyk, na który wiele kobiet prychnie i skomentuje krótko "zrobię sama, za grosze, lepszy!". Z curku i miodu. No przecież! Pewnie nawet mają te kobiety wiele racji, ale, zawsze jest jakieś ale. Mi na przykład często się nie chce samej bawić w małe laboratorium kosmetyczne. Mam świadomość, że znane i dobre marki kosmetyczne są w stanie opracować recepturę lepszą niż "z apteczki naszych babć". Mają dostęp do różnorodnych składników i wiedzą jak je zmieszać, by powstało coś fajnego. I oczywiście - nie neguję, sama chętnie zrobię sobie peeling kawowy, czy położę plastry z ogórka na oczy.. Jak równie chętnie sięgnę po produkt, tak zwanego "gotowca", którego odwtorzenie ludziom w domu wydaje się takie proste.




Lip Scrub w wersji Chocolate od Lush kosztował mnie w przeliczeniu na złotówki ok. 30 zł (prawdopodobnie trafiłam na promocję, bo na stronie internetowej Lush widzę cenę prawie 11 funtów, co jest przesadą). Dużo i nie. Biorąc pod uwagę, że gdy przypadkowo trochę go zjemy nie umrzemy, bo jest zrobiony z samych naturalnych składników takich jak czarna czekolada, olej jojoba, ekstrakt z kakaowca, czy olejek z pomarańczy - cena nie jest wysoka. Jednak to tylko peeling do ust, malutki, o pojemności zaledwie 20 g - trzy dychy to wcale nie tak mało.



Zapach jest wspaniały i to uderzyło mnie już przy pierwszym kontakcie z tym peelingiem. Czekolada, taka mleczna, taka realna, absolutnie nie chemiczna, z kawałkami pomarańczy. Wszystko wyważone i subtelne, nie nachalne i nie męczące nosa. Konsystencja.. no właśnie, konsystencja jest według mnie największą wadą tego produktu i wiele mu ujmuje. Peeling jest w moim odczuciu za suchy przez co jego aplikacja jest utrudniona. Nie przykleja się dobrze do ust, musimy uważać, aby kawałki produktu nie spadały nam na podłogę. Ja nakładam go mocno zwilżonymi placami i to już robi jakąś różnicę. Na plus jest jak najbardziej opakowanie - ładny, estetyczny słoiczek :)




Najważniejsze jest przecież działanie i pomijając średnią konsystencję tutaj rozczarowania nie było. Usta po użyciu peelingu są dobrze wygładzone, miękkie, odżywione, naturalnie zaczerwienione., optycznie pełniejsze. Odnoszę wrażenie, że efekt ten jest długotrwały - dawno nie miałam problemu ze spierzchniętymi ustami! Warto też skusić się na taki zabieg przed nałożeniem np. matowej, wymagającej szminki. Jeśli tak jak ja nie zawsze macie czas i ochotę robić kosmetyki hand made - radzę wypróbować (również hand made) od Lusha :) Było mnóstwo wersji, każdy znajdzie coś dla siebie. Ja następnym razem przygarnę Bubblegum!


wtorek, 3 kwietnia 2018

Soap & Glory | Breakfast Scrub


Soap Glory to marka, której produkty najlepiej kupić będąc za granicą. W Polsce cena potrafi być nawet o 50% wyższa. Za peeling do ciała Breakfast zapłaciłam na złotówki ok. 40 zł | 300 ml. Na stronie np. British Shop identyczny kupicie za 70 zł + koszty wysyłki.. Kompletnie się to nie opłaca, i nawet jeśli w najbliższych planach nie mamy wyjazdu za granicę, to lepiej poczekać, odpuścić na jakiś czas temat tych kosmetyków. Są one super, ale chyba nie na tyle by płacić niemal (czasami ponad) dwa razy więcej .


Peeling z ekstraktem miodu, orzechów, masła shea, banana, czy migdałów musi pachnieć jak smaczna owsianka. I tak też jest! Słodko i smacznie. Wyobrażam sobie jednak, że można tego zapachu nie pokochać. Czuję w nim trochę chemii, na swój sposób jest specyficzny, może męczyć. Konsystencja jak widzicie na zdjęciu jest bardzo gęsta. Lepka, klejąca, taka "ciągnąca się". Przekłada się to na wydajność, która jest świetna. Naprawdę niewiele produktu wystarczy by zrobić peeling całego ciała. 



Działanie jest delikatne, ale skuteczne, mimo że peeling zaliczam pod kątem "zdzierania" do tych słabszych. Drobinki soli są małe, nie są ostre przez co cały ten efekt szorowania martwego naskórka przypomina bardziej masaż relaksacyjny niż walką z nim. Mi to jednak absolutnie nie przeszkadza, bo pomimo to, gdy zmywam kosmetyk z ciała czuję różnicę - skóra jest wygładzona na odpowiednim poziomie, jest też odżywiona i miła w dotyku. Peeling ten sprawdzi się dobrze w codziennej pielęgnacji. Nie widzę przeciwwskazań by stosować go częściej niż standardowe tego typu produkty. Nie podrażnia skóry, fajnie ją pielęgnuje, nadaje się też do skóry wrażliwej i naczyniowej. 



Glycerin, Sodium chloride, Maris sal (Sea salt), Sucrose, Glyceryl stearate, Polysorbate 20, Caprylic/capric triglyceride, Butylene glycol, PEG-100 stearate, Hydrated silica, Avena sativa (Oat) kernel meal, Aqua (Water), Butyrospermum parkii (shea) butter, Parfum (Fragrance), Benzyl benzoate, Theobroma grandiflorum seed powder, Dipropylene glycol, Mel (Honey), Prunus amygdalus dulsis (sweet almond) seed extract, Musa sapientum (Banana) fruit extract, Benzyl alcohol, Phenoxyethanol, Denatonium benzoate, Benzoic acid

czwartek, 29 marca 2018

Ile kasy na weekend w Londynie? | Paragon z Anglii



Londyn jest miastem drogim, ale da radę zwiedzić go bez wyrzeczeń i milionów na koncie. Ja w stolicy Anglii byłam równo dwa pełne dni (nie liczę dnia wylotu i powrotu). Nocleg znaleziony w internecie niedługo przed podróżą kosztował mnie tylko 200 zł za 3 noce od osoby! Jeśli się chce, to naprawdę można znaleźć atrakcyjną ofertę. Loty kosztowały mnie 79 zł  w obie strony za osobę liniami Ryanair. Samolot lądował na lotnisku Stansted a pokój wynajęłam w strefie 3, więc trzeba było jakoś tam dotrzeć. Jeżdżą busy, pociągi i taksówki. Wybrałam opcję pierwszą i zapłaciłam już w obie strony 18 funtów. (tak, opłaca się od razu kupić w obie strony). Po samym Londynie poruszałam się albo pieszo, albo autobusami i pociągami DLR. Koszt biletu dziennego (wyłączając godziny szczytu ok. 9-10 rano i ok. 16-19, coś koło tego) to 12,3 funta. Bilety takie zakupiłam dwa. 



James's Park | okolice London Eye | sklep Lush na Oxford Street | Emma w muzeum MT| okolice Camden| London Eye 


Ceny - transport i nocleg - od osoby 

Samolot - 79 zł 
Nocleg - 200 zł / 3 noce w 3 strefie
Bilet dzienny na autobus/pociąg - ok. 60 zł x 2
Transport Stansted - Londyn - ok.  90 zł 

Podsumowanie: ok. 500 zł za wszelkiego rodzaju transport i nocleg. Dużo? Niby tylko wypad weekendowy, więc nie tak mało, ale już biorąc pod uwagę, że w tej cenie znajduje się lot, nocleg, wszystkie bilety komunikacyjne... 


Muzea w Londynie są zazwyczaj darmowe, ale jeśli najdzie Was ochota np. na Muzeum Madame Tussauds to za wejście zapłacicie 35 funtów, czyli ok. 180 zł. Byłam, widziałam i polecam, jednak może o tym innym razem, gdyż skupiamy się na wersji niskobudżetowej. Za zwiedzanie więc nie płacimy, korzystamy z wystaw i atrakcji, które stolica Anglii oferuje nam za darmo. Muzeum Nauki na Kensington i spacerki, a jest co oglądać! 

Jedzenie nie jest tanie, nawet w fast foodach. Za kanapkę w Burger Kingu zapłaciłam niecałe 7 funtów, dlatego polecam odpuścić sobie tego typu miejsca, jeżeli dysponujemy małym budżetem. Najtaniej jest chyba w Lidlu, trochę drożej w Tesco. Możemy robić tam zakupy i przyrządzać posiłki samodzielnie. Na 2-3 dni w Londynie na jedzenie i picie spokojnie powinno nam wystarczyć 40-50 funtów od osoby, czyli ok. 200 zł. Dysponując taką kwotą na pewno nie będziecie ani głodni, ani spragnieni.  

Przykładowe ceny art spożywczych w funtach:

opakowanie bułeczek słodkich - ok. £1-1,5 
mała kawa Cocio - £1
cola 1,75 l. - ok.  £1,5 - 2
pringlesy - £1-1,5
czekoladowe drażetki - £0,8
mały sok pomarańczowy - £
bułka biała - £0,3
piwo - £1,5 - 2
zestaw w Maku wrap + napój + frytki - £ 5,5 - 6
duża kanapka w Burger Kingu - £6,5
batonik zbożowy - £0,6 - 0,8

Big Ben niestety zakryty :( | uwielbiam ich autobusy! | peron 9 i 3/4 :D


Tak naprawdę wszystko zależy, gdzie zrobimy zakupy. Jest mnóstwo promocji typu 2 za 1, 3 za 2. Nie tak jak u nas raz na jakiś czas. Trzeba się rozglądać, mądrze wybierać i kasę zaoszczędzimy. 


Myślę, że w kwocie 700 zł od osoby spokojnie można zamknąć wypad weekendowy do Londynu, o ile los się do nas uśmiechnie i uda nam się kupić tanio bilety lotnicze i zaklepać nocleg. Przyoszczędzoną forsę polecam wydać w sklepach na Oxford Street lub przeznaczyć na kolejną podróż :) * Wpis jak najbardziej jest subiektywny, stworzony na podstawie moich doświadczeń. 

LOREAL X BALMAIN COLOR RICHE | CONFIDENCE 356



Gdy tylko pojawiła się kolekcja L'Oreal x Balmain to stwierdziłam, że ją sobie podaruje. Żaden odcień nie przypadł mi do gustu - takie nieodkrywcze i nieużyteczne, pomyślałam. O szminkach zapomniałam, a kiedy znów wróciłam do tematu, byłam mega zdziwiona, że jeszcze coś zostało na półkach! Jak to?! Nie wyprzedało się?! To trochę samo mówiło za siebie, ale poszperałam, pomacałam i uznałam, że ostatecznie mogę kolor Confidence 356 przygarnąć. Na samym dole macie link, do jednego z moich wpisów, w którym możecie zobaczyć jak prezentuje się na skórze.


Dla mnie była to jedyna szminka z całej kolekcji warta uwagi. Nie jest ona kryjąca, stanowi tylko beżowo - złotą mgiełkę, poświatę. Z tego co się orientuję, teraz taki właśnie efekt jest w modzie. Możemy więc dowolnym kolorem pomalować usta, i na samym końcu dodać błyszczącej Confidence. Solo także wygląda ładnie, myślę, że z opaloną skórą tworzyłaby świetny look. Trwałość jest bez zastrzeżeń, zapach słabo wyczuwalny, opakowanie klasyczne, bez fajerwerków, a konsystencja przyjemna i kremowa. Czy skusiłabym się na nią ponownie? Raczej nie. Przereklamowany produkt, absolutnie nie za cenę ok. 60 zł (sklepy stacjonarne). Jeśli macie okazję w internecie zamówić te szminki połowę taniej, śmiało korzystajcie. Są dobre jakościowo, choć spodziewałam się czegoś więcej, bo to przecież Balmain, no ale trzeba dodać, że TEN Balmain jest produkowany hurtowo, na potrzeby L'Oreala. Żaden luksus, ot zwykła szminka, w przypadku Confidence, o ciekawym odcieniu, przynajmniej :)  Dałyście się skusić, czy ominęłyście szerokim łukiem?


SWATCH ZOBACZ

środa, 28 marca 2018

Lakiery hybrydowe z AliExpress | które wybrać ?

Może na początku zaznaczę dla jasności. Nie zamierzam przekonywać ludzi, aby zaczęli robić zakupy na AliE. Wiadomo, tam skład jest niepewny, towar jest niepewny, różnie bywa. Sama dopiero od niedawna zaczęłam zamawiać u nich lakiery hybrydowe, a wcześniej byłam wierna Neonail i zastrzegałam, że nigdy nie sięgnę po ten chiński badziew. Zaskoczyłam się jednak, bo tani bubel, który zamówiłam na próbę, zagościł w moim domu w większej ilości. Dziś myślę, że Semilac, czy wspominany Neonail, jak i każda inna znana marka hybryd niewiele różni się od tych nieoryginalnych, zapakowanych nieraz w tandetny pojemniczek lakierów.



AZURE
ok. 6 zł | 7 ml

Pod względem estetycznym są to jedne z lepiej wykonanych lakierów z AliE. Opakowanie jest solidne, ciężkie, nic się nie wylewa, nie zgniata. Zamówiłam trzy kolory - lawendowy, taki neonowo-malinowy i intensywną brzoskwinię. Ze wszystkich jestem zadowolona. Lakiery nie śmierdzą, są gęste, ale nie na tyle by utrudniać aplikację. Do pełnego krycia wystarczą 2 cienkie warstwy. Lakiery dobrze współpracują z bazą i topem z Neonail. Ich trwałość jest standardowa, niczym nieodbiegająca od oryginalnych firm.





HNM
ok. 3-4 zł | 8 ml

Fajne, malutkie, poręczne buteleczki. Dosyć masywne, dobrze wykonane. Podobne trochę do lakierów ORLY. Radzę nie przywiązywać zbyt dużej wagi do odcieni, które zamawiacie. Mi przytrafiły się kolory mocno odbiegające od tego, co na zdjęciu, aczkolwiek równie ładne :) Na zdjęciu widzicie fioletowy glitter. Pomimo olbrzymiej ilości drobinek lakier nie jest za gęsty, jego konsystencja jest idealna, bezproblemowo rozprowadza się na paznokciu. Krycie pełne możemy osiągnąć przy 2 warstwach. Jakość naprawdę zadowalająca! Trwałość standardowa. HNM i AZURE to moje ulubione marki jeżeli mówimy o lakierach z AliE.





ESSAJE | KADITION
ok. 3 zł | 8 ml


Na koniec zostawiłam dwie "marki", które niekoniecznie przypadły mi do gustu. Cena tych lakierów jest bardzo kusząca, ale zdecydowanie lepiej dopłacić dwa razy tyle i wybrać lakiery wyżej wymienione. Pierwsze, co może nas zirytować to buteleczka. Leciutka, wykonana z tandetnego plastiku.. zdecydowanie oczu nie cieszy. Zapach jest zwyczajny, trwałość trochę gorsza niż u AZURE czy HNM, czasami po tygodniu lakier mi odchodzi, czasami po 10 dniach. Konsystencja jest gęsta, a aplikacja może i nie tragiczna, ale też nie przyjemna. Łatwo nałożyć lakieru za dużo w kącikach lub na brzegach. Krycie jest w porządku, 2 warstwy wystarczą, ale co z tego, skoro musimy bardzo uważać na nierównomierne rozłożenie lakieru... Raczej więcej lakierów Essaje i Kadition zamawiać nie będę, bo w ich przypadku faktycznie czuję przepaść między lakierami Neonail, czy Semilac.



Odpowiadając na pytanie w temacie - które lakiery wybrać?, powiem, że w przypadku AliE warto kierować się ceną. W moim odczuciu najtańsze lakiery były najgorzej wykonane, a te nieco droższe jakością dorównują popularnym hybrydom. Osobiście często też przeglądam zdjęcia i komentarze pod aukcjami. Przyznacie, że Essaje, czy Kadition już na pierwszy rzut oka, wygląda na produkt kiepski jakościowo? Może którąś markę pominęłam, a jest warta uwagi? :) Z chęcią się o niej dowiem! Patrzycie z góry na chińskie hybrydy, czy tak jak ja, przekonałyście się do nich? :)

wtorek, 27 marca 2018

Lush, Let The Good Times Roll | nieziemska pasta do mycia i oczyszczania twarzy


Coś czuję, że będę zmuszona odwiedzić Lush ponownie! W Londynie kupiłam sobie ich pastę do oczyszczania twarzy Let The Good Times Roll. Opakowanie może nie robi jakiegoś większego wrażenia, ale jego zawartość to już inna bajka! Pasta jest gęsta, o żółtym, musztardowym odcieniu, pachnie obłędnie, słodko-słono i ma w sobie kawałki popcornu... Nie spotkałam się jeszcze z takim kosmetykiem :)


Popcorn oczywiście stanowi tylko nie do końca przemyślaną dekorację i jest jakby nie patrzeć zbędnym zapychaczem opakowania.  Przed zakupem możemy sobie obejrzeć filmik kręcony podczas produkcji LINK oraz przeczytać skład na stronie LINK. W skrócie powiem, że pasta Let The Good Times Roll składa się głównie z polenty, oleju kukurydzianego, cynamonu, mąki kukurydzianej. Nie ma w niej szkodliwych substancji, niezaprzeczalnie jest kosmetykiem naturalnym, bezpiecznym dla delikatnej skóry twarzy. Pachnie słodko, ale delikatnie, myślę, że wielu osobom przypadnie do gustu. 



Aplikacja jest dziecinnie prosta. Wystarczy odrobinę pasty rozprowadzić na wilgotnych dłoniach i nanieść na twarz. Przy okazji możemy okrężnymi ruchami wykonać sobie masaż :) Szorstka struktura kosmetyku doda całemu zabiegowi działania peelingującego. Po upływie kilku minut zmywamy produkt ze skóry i osuszamy ją. Efekt? Ładnie rozświetlona skóra twarzy, zdrowy blask i uczucie śweżości. Dostrzegam też, że moje problemy ze strefą T są coraz mniej widoczne. Żałuję, że mogłam kupić tylko takie małe opakowanie, bo chciałabym aby ten produkt pozostał w mojej pielęgnacji na stałe. 

cena: £ 7.5 | 100 g

sobota, 24 marca 2018

Clarins, Instant Light Lip Balm Perfector | Lekki jak balsam, lśniący jak błyszczyk!



Markę Clarins bardzo lubię i choruję na ich olejek do ust! Muszę go kupić, bo czaję się z tym zamiarem zdecydowanie za długo. Ostatnio wybrałam sobie z ich asortymentu balsam do ust. Taki na co dzień, do pracy, którym mogę pomalować się bez lusterka :)



Padło na Instant Light Lip Balm Perfector w odcieniu różowym, 01 Rose. Nie przygotowałam do wpisu swatcha, chociaż myślę, że zupełnie nie byłby przydatny, gdyż pomadka jest w zasadzie transparentna. Daje błysk, minimalne zaróżowienie, kompletnie niewidoczne na pierwszy rzut oka. Nie jest to kosmetyk, który ma zaakcentować nasze usta. Jego zadaniem jest nadanie im zdrowego wyglądu, miękkości i lekkiego, naturalnego blasku. 



Opakowanie jest standardowe dla Clarins - estetyczny, czerwony kartonik. Zaś sam kosmetyk jest w wygodnym sztyfcie, umożliwiającym łatwą aplikację. Balsam jest mały, poręczny, idealny do torebki. Pachnie delikatnie, subtelnie, troszkę słodko. Co tu dużo mówić.. Jestem z niego bardzo zadowolona! Dla moich często spierzchniętych ust jest jak plasterek miodu. Fajnie je odżywia, sprawia, że wyglądają na wypielęgnowane i zadbane. Nigdzie się nie osadza, nie wchodzi w kąciki. Nie jest lepki, klejący, ani też tłusty! Dobrze zabezpiecza przed mrozem. Aplikacja to czysta przyjemność! Wypróbowałyście go może? Jeśli nie to polecam. Carmexy, Blistexy i inne rzuciłam w kąt :)
Uwaga! Balsam zawiera masło shea, ekstrakt z mango ( i witaminę E), co sprawia, że w zbyt wysokiej temperaturze może się roztapiać. 


 79 zł | 1.8 g | Douglas 

poniedziałek, 19 marca 2018

Lancome Tresor Midnight Rose | recenzja perfum




Lancome kojarzy mi się z trwałością. Nie zawodzą mnie, nigdy nie określam ich słowem ulotność. Różana wersja klasyka wpadła mi w ręce przez przypadek. Powąchałam, stwierdziłam, że ok i kupiłam, choć przez moment trzymałam też w ręku YSL, Manifesto, które za każdym razem w ostatniej niemalże chwili odkładam na półkę. Midnight Rose pewnie wiele osób uzna za banał, za niezbyt ciekawy, słodki bubel. Za zapach, który się już tyle razy przewinął, za płytki... Nie! Dla mnie ten zapach jest prosty i piękny. Lepki, ale też kobiecy i seksowny. Jest letni, ale też wieczorowy i jesienny. Jest ujmujący, ciepły, nieduszący, choć intensywny. Ma w sobie to coś, czego tak często z niepowodzeniem szukamy. Za flakonik (jak na zdjęciu) pojemności 50 ml w Douglasie zapłacimy 319 zł. Na pewno nie jest to najlepsza cena. Na lotnisku zapłaciłam za nie niecałe 40 funtów. Warto więc szukać promocji, lub podczas wycieczki spróbować dorwać je na strefie bezcłowej. Sama buteleczka dla mnie jest bez szału. Minimalistyczna, z ozdobną, fioletową różyczką przy nakrętce. Dobre i to, choć ja lubię przepych, flakony, takie wiecie, "na bogato".



Pierwsze psiknięcie to koszyczek z malinami. Bardzo słodkimi, dojrzałymi malinami oblanymi cukrowym syropem. Później przebija się nam róża, coraz mocniej i mocniej. Aż do moment, kiedy owocowa słodycz i kwiatowa nuta zrównoważą się i połączą w jeden zmysłowy owocowo-kwiatowy zapach. Zwieńczeniem jest  mgiełka o połączeniu piżma z wanilią. Gdzieś w tle cały czas jest obecny z nami jaśmin i czarna porzeczka. Kompozycja dla mnie prosta, może i oczywista, ale naprawdę ładna i urzekająca. To zapach dobry na co dzień. Dobry też na wieczór. Dla wielbicielek słodyczy. Trwały koktajl z owoców leśnych, laską wanilii i różą.





nuta głowy: absolut różany, malina 
nuta serca: piwonia , jaśmin, czarna porzeczka, różowy pieprz
nuta bazy: wanilia, cedr, piżmo





trwałość: 7-8 godzin, cena: 319 zł | 50 ml kategoria: kwiatowa



* podkreślę, że trwałość perfum należy do cechy bardzo indywidualnej, a moja opinia jest jak najbardziej subiektywna, dokonana na podstawie własnych odczuć

Szampon do włosów suchych i wysokoporowatych



Moje włosy prócz tego, że są gęste i całkiem grube, posiadają najbardziej znienawidzone przez Nas, kobiety cechy. Są wysokoporowate, suche, zniszczone, niepodatne na stylizację, puszące.. Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo. Oczywiście, w dużej mierze sprawdzają się słowa o kowalu i własnym losie.. Gdyby nie prostownica i zmiany kolorów, któż to wie, może nie miałabym na co narzekać, no ale lubię eksperymenty, a dzięki temu właśnie powodów do narzekań mi nie brak. Przy wyborze szamponu ważna jest dla mnie również reakcja skóry głowy (z którą od lat mam problemy). Fajnie, jak jej jeszcze bardziej nie wysusza, jeżeli nieco nawilża to sukces! :)



Marka Organix wiele razy rzuciła mi się w oczy w Rossmannach. Nie jest to jakiś cudowny i naturalny wynalazek. Skład jest bez polotu: Aqua/Water/Eau, Ammonium Lauryl Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, PPG-2 Hydroxyethyl Coco/Isostearamide, Cocos Nucifera (Coconut) Water, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Polyquaternium-10, Sodium Chloride, Tapioca Starch, Propylene Glycol, Citric Acid, Tetrasodium EDTA, Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate, Parfum (Fragrance), Benzyl Salicylate, Limonene. Ot taki tam drogeryjny szampon, w bardzo fajnej, okrągłej i estetycznej buteleczce. Nie z tych najtańszych, ale też nie z najdroższych. Zapłacimy za niego ok. 35 zł | 385 ml. Jasne, za tę kwotę można byłoby szukać czegoś lepszego pod względem składu, jednak zaznaczę, że mi akurat szampony eko, bio itd. kompletnie nie pasują. Lubię, gdy szampon trochę się pieni, zostawia włosy na maksa wygładzone i miękkie. 


Coconut water jest delikatny, gęsty, o ładnym, aczkolwiek delikatnym zapachu kokosa. Nie podrażnia skóry głowy, dobrze ją oczyszcza. Co ważne, nawet bez aplikacji odżywki, włosy nie są sztywne i trudne do rozczesania. Szampon je zmiękcza, na pewno trochę też nawilża. Jak wspomniałam wcześniej mam problem z puszeniem się, a kosmetyk ten pomaga mi szybciej wystylizować fryzurę. Będę do niego wracać, bo spełnia swoje zadanie, używałam go dzień w dzień. Nie powiem, że jest najlepszy, że niczego lepszego za tę cenę nie znajdziecie, ale jeżeli szukacie dobrego szamponu z drogerii, to polecam wypróbować. Tym bardziej, że jeszcze do dziś jest promocja w Rossmannie 2+2 na kosmetyki do włosów.  Ciekawią mnie jeszcze pozostałe wersje, ta w moim odczuciu jest dedykowana posiadaczkom dużej ilości włosów, które wcale nie jest łatwo ujarzmić.

środa, 7 marca 2018

YSL, TINT-IN-BALM VOLUPTE | 12 Try Me Berry




Bardzo lubię pomadki o właściwościach balsamu i koloryzującej farbki. Tint od Yves Saint Laurent wpadł mi w oko już jakiś czas temu, ale odpuściłam temat. Czekałam aż przejdzie mi na niego ochota i jak sami widzicie - nie doczekałam się.




Do wyboru mamy kilka odcieni, ale z racji tego, że jest to produkt w dużej mierze transparentny zdecydowałam się na coś żywego i intensywnego. Try Me Berry to taka malinka, która bardzo ładnie podkreśli nasz naturalny kolor ust (szczególnie jeśli tak jak ja macie je ciemne).  Pomadko - tint YSL kosztuje ok. 159 zł w drogerii Douglas i ma pojemność 3.5 g.



Opakowanie produktu jest eleganckie, masywne i przyjemne dla oka. Zawartość jest jeszcze lepsza! Usta na samym środku - mistrzostwo! Niesamowicie urocze, od razu przykuwa uwagę. Kolor? Myślę, że to indywidualna kwestia. Ja czuję się świetnie z ustami podkreślonymi, połyskującymi, ale wciąż lekkimi i naturalnymi. Taki właśnie efekt daje ten tint. Idealny do używanie na co dzień, do pracy, szkoły. Sprawdzi się u posiadaczek suchych ust, które mają problemy z pękającą skórą. Aplikuje się jak masełko, nie wchodzi w kąciki, nie wysusza - wręcz nawilża. Jedyny minus - szybko znika z ust. Dla mnie jest to jednak drobnostka, gdyż mogłabym co chwilę poprawiać makijaż ust tym kosmetykiem. Jestem nim oczarowana i serdecznie go polecam :) PS. Fajnym i tańszym zamiennikiem są popularne masełka marki Revlon (różowe opakowanie). Niemal taki sam efekt i porównywalna jakość.



na górze 12 Try Me Berry, dół Loreal, Confidence 

piątek, 16 lutego 2018

Promocja w Super- Pharm 1+1 za grosz dowolnej marki | Bourjois Silk Edition, 52 Vanilla




W dniach 8-14 lutego była naprawdę dobra promocja w Superpharm na kosmetyki do makijażu. Z ich kartą drugi kosmetyk tej samej marki kosztował symboliczny grosik! Niestety dowiedziałam się o tym dużo za późno, zupełnie przez przypadek podczas zakupów. Weszłam do drogerii tylko po tusz do rzęs, no ale skoro mogę wybrać sobie coś jeszcze z Bourjois za darmo, to wybrałam :)



Puder w kamieniu Silk Edition, w odcieniu 52 Vanilla w cenie standardowej kosztuje ok. 60 zł, natomiast w internetowych drogeriach znajdziecie go też za 40 zł. Pierwsze co może zaskoczyć, to opakowanie. Wykonane naprawdę solidnie, ładnie i praktycznie. Posiada w środku fajne lustereczko i gąbeczkę. W podróży na pewno nie martwiłabym się, że mi się rozleci w torbie. Kosmetyk pachnie dyskretnie, w dotyku jest jedwabisty. Takiego efektu też możemy się spodziewać na twarzy. Pomimo właściwości matujących, wykończenie będzie jedwabiste, nadające skórze zdrowy wygląd i blask. W moim odczuciu Slik Edition w duecie z podkładem kryjącym, dodatkowo spotęguje efekt maskowania niedoskonałości, ale na pewno nie utworzy na twarzy maski. Nie wysusza, nie wchodzi w załamania, dobrze współpracuje z bazami, podkładami i korektorami. Wcześniej stosowałam dość często puder Maybelline z serii Fit Me i choć nie narzekałam na niego, to teraz widzę ogromną różnicę. Bourjois zdecydowanie wygrywa również pod względem trwałości. Moja skóra często się świeci, łatwo się przetłuszcza, szybko gromadzi sebum. Silk Edition na wiele godzin zabezpiecza ją przed niepożądanym błyszczeniem. Z ręką na sercu - polecam. Warto poszukać promocji i wypróbować ten puder na własnej skórze.


Jak przestałam obgryzać paznokcie? Przed i po, moje rady, przemyślenia i trudności

W podstawówce moja mama wiele razy i bezskutecznie próbowała zmotywować mnie do zapuszczania paznokci. Z tego co pamiętam, nawet nie podejmowałam się takiej próby. Wiedziałam, że to dla mnie jest za trudne, a na efekty musiałabym zbyt długo czekać. Nie chciało mi się i jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało. Dziewczynki w wieku 8 czy 10 lat nie myślą o długich, seksownych, czerwonych pazurkach. Temat i jednocześnie problem ciągnął się za mną do gimnazjum. Nastoletniej już młodej kobiecie trochę głupio, że obgryza paznokcie. Nie afiszuje się z tym, ukrywa dyskretnie dłonie, gdy tylko może, a kiedy zostaje ze sobą sam na sam daje się wciągnąć, zapomina, że miała tego nie robić i obgryza paznokcie. Z nerwów? U mnie nie było to zasadą. Mogłam być zdenerwowana, ale nie musiałam. Często obgryzałam z nudów. Pojawiły się już w tym czasie pierwsze poważniejsze próby walki. Kupowałam odżywki gorzkie, ale jakby to ohydnie nie zabrzmiało - powiem to. One jeszcze bardziej mnie napędzały do obgryzania. Efekt był całkowicie odwrotny od zamierzonego. Wiele prób, najdłuższe wahały się czasowo od 2 do maksymalnie 3 tygodni. Gdy tylko paznokcie wyglądały lepiej, robiłam z nimi porządek i mój trud i wysiłek kilkunastodniowy był na marne... Okres liceum minął zupełnie tak samo, ale z upływem lat wstydziłam się swoich dłoni coraz bardziej. Chowałam je, gdy tylko ktoś dłużej na nie patrzył czułam się bardzo niezręcznie. Moja pewność siebie nie była na zbyt wysokim poziomie. Kiedy koleżanki mówiły o lakierach starałam się zmienić temat.




Zdjęcie nie jest moje. Nie mam z tamtych czasów zdjęcia, bo nigdy nie przyszło mi do głowy, by moim ohydnym paznokciom cykać fotki. Ale były idealnie w takim stanie jak na tym zdjęciu. Zdjęcie pochodzi ze strony www.youtube.com/watch?v=qEeyqTwkTsA z filmiku Nataly Nails. Zerknijcie, piękna metamorfoza!



Po maturze poszłam do pracy. Zawsze przed rozmową kwalifikacyjną starałam się kilka dni nie obgryzać paznokci. Niech choć odrobinę mój wstrętny nałóg nie rzuca się w oczy - tak myślałam.. O dziwo nigdy nie spotkałam się z jakąś przykrą sytuacją. Nikt mi nie wytknął obrzydliwych paznokci. Ja czułam się z nimi fatalnie. Wiele razy myślałam, jak wiele lakierów bym sobie kupiła.. W ogóle bym na nie nie oszczędzała! Kupowałabym wszystkie kolory, które wpadną mi w oko.. Bardzo tego pragnęłam, ale to było dla mnie zbyt odległe. Nieosiągalne. Ktoś może powiedzieć.. wielki wyczyn! Nie pchać pazurów do buzi! Wierzcie lub nie, jeśli nie miałyście takiego problemu możecie nie zrozumieć. To wyczyn wielki. Trudniejszy od odchudzania, od wielu innych rzeczy.. Jeżeli jesteś na diecie i jednego dnia odpuścisz nie wrócą Ci nagle stracone kilogramy. Nic się nie stanie. Możesz sobie pozwolić na chwile zapomnienia. W przypadku obgryzania paznokci tracisz wszystko w kilka sekund i zaczynasz od nowa. Ja wiele razy zaczynałam...  W internecie często czytam, że ważne jest aby znaleźć przyczynę obgryzania. Artykuły chyba piszą ludzie, którzy nigdy nie mieli takiego problemu. Ja nie miałam żadnych powodów by obgryzać paznokci. Robiłam to ot tak, z kaprysów, z nudy, bo miałam taką ochotę...


Aktualnie pracuje w miejscu, gdzie na dłonie się patrzy. Wszystkie koleżanki z mojej pracy mogą pochwalić się ładnymi pazurkami. Ja byłam wyjątkiem. Z obgryzionymi koniuszkami paznokci, nieraz ze zmaltretowanymi do krwi skórkami. Wstyd ogromny prowadził mnie bardziej w stronę bezradności niż motywacji. Tyle razy się starałam i nie wychodziło. W październiku 2017 roku pomyślałam sobie. Kasia! Robię sama sobie takie wyzwanie. Jeżeli do 15 listopada nie obgryzę paznokci kupuję sobie zestaw do robienia hybryd z jakąś fajną lampą!  Pierwszy kilka dni jakoś minęło. Łapałam się na tym, że odruchowo kierowałam place do ust. Paznokcie coś tam rosły, ale tak wolno... Pod koniec października motywował mnie fakt, że już tylko 15 dni i dopnę swego! Będę mieć fajny prezent. Te 1,5 miesiąca było mi ciężko. Nawyk od czasów dzieciństwa był bardo silny. Jakoś wytrzymałam. Niemal codziennie na moje ogryzki nakładałam odżywkę złotą od Sally Hansen (taką na przyśpieszenie wzrostu i wzmocnienie, jest w Rossmannie za jakieś 20 zł).  13 listopada złożyłam zamówienie przez internet. Po 15 miałam już swój zestaw do hybryd, choć przyznam, że paznokcie były jeszcze dość krótkie i brzydkie. Pod koniec listopada zrobiłam pierwsze hybrydy. Od tego czasu robię je systematycznie. Paznokcie odrastały, moja walka wciąż trwała. W niektórych miejscach miałam bardzo nierówną płytkę. Tak naprawdę dopiero teraz, a mamy już luty moja płytka jest gładka. Paznokcie po jakichś 2-3 miesiącach zaczęły rosnąc szybciej. Do dziś łapię się na chęci obgryzienia paznokci. Wiem, że to walka chyba na zawsze. Pomagają mi hybrydy. Zauważyłam, że gdy mam umalowane paznokcie jest mi łatwiej. Najtrudniej, gdy jakimś cudem nie umaluje ich i są "gołe", bez żadnej odżywki.  Głupio jest mi radzić komuś, jak przestać obgryzać paznokcie, bo jeszcze tak niedawno sama miałam z tym ogromny problem. Na pewno trzeba wykazać się dużą siłą woli. Może warto tak jak ja wyznaczyć sobie cel i wynagradzać sobie to? Dobrze jest też zacząć o paznokcie dbać, nawet z lekką dozą obsesji i profesjonalizmu. Ja zapisałam się pierwszy raz w życiu na manicure do salonu kosmetycznego... w wieku 23 lat. Pierwszy raz...  Kupujcie sobie lakiery, lampy, ozdoby do paznokci za każdy tydzień walki z obgryzaniem.. Mi to pomogło, choć wiadomo - nagrody nie są najważniejsze, tylko nasze samozaparcie.

po lewej moje paznokcie pod koniec stycznia, po prawej na chwilę obecną dziś zdjęcie wrzuciłam na Insta - pierwsze zdjęcie moich paznokci, które w całym moim życiu wrzuciłam w sieci.... Wiem, do ideału jeszcze naprawdę mi daleko. Bardzo daleko. Ale pomału, kroczkami dojdę do celu, którym są piękne, długie i mocne paznokcie! :)


Dopiero dzisiaj widzę, jak w wytrenowany już sposób często chowałam swoje dłonie, by nikt nie zauważył moich paznokci. Trochę śmieszne, jak ktoś mógł nie widzieć? Niezwykłą frajdę sprawia mi kupowanie nowych lakierów. Nie umiem jeszcze idealnie pozbywać się skórek. Ja dopiero się uczę malować paznokcie, piłować je i dbać o nie. Nie umiem tego. Zaczęłam naukę w wieku 23 lat. I bardzo się cieszę, że mam w końcu taką możliwość.


wtorek, 6 lutego 2018

Ulubione maseczki do włosów i twarzy. jednorazowe


Może nie kupuję ich zbyt często, ale gdy tylko wyjeżdżam w pierwszej kolejności pakuję do kosmetyczki maseczki od Montagne Jennesse, 7th Heaven. W ich asortymencie są zarówno kosmetyki do włosów, jak i do twarzy. Ceny maseczek do włosów wahają się od 6 do 8 zł za saszetkę 25 ml. Wystarcza na 2 aplikacje. Te do twarzy kosztują ok. 5-6 zł za 15 ml i również możemy je rozdzielić na kilka razy (są bardzo wydajne). Pierwszy raz spotkałam się z tymi kosmetykami kilka lat temu. Wypróbowałam wówczas maseczkę czekoladową do twarzy i przepadłam! Gęsta, kremowa, o przepięknym zapachu. Świetnie zmiękczała moją skórę twarzy, rozświetlała ją i dodawała zdrowego blasku. Wersja kokosowa jest w zupełności taka sama. Na dodatek przywodzi mi na myśl słoneczne wakacje, morze. Używanie jej to czysta przyjemność.


Maseczki do włosów dużo rzadziej widuję w sklepie niż te do twarzy. A szkoda! Bardzo dobrze wygładzają włosy, nawet tak puszące się i niesforne jak moje. Pachną równie pięknie, łatwo aplikują się na włosy, nie obciążają ich. Warte są swojej ceny - nie mogę powiedzieć o nich niczego złego. Idealne sprawdzą się na wyjazdach, czy podczas domowych spa :) Kokosowa trochę lepiej sprawdziła się u mnie niż miodowa, a może po prostu zwyciężyły preferencje odnośnie zapachu.. W każdym razie gorąco polecam Wam maseczki tej marki.  ps. Warto po nałożeniu maseczki na włosy, założyć na głowę czepek jednorazowy, a na to jeszcze ręcznik. Taka "sauna" dla włosów wyraźnie wspomoże działanie kosmetyku :)