czwartek, 9 sierpnia 2018

Kupiłam pierwszy raz i więcej nie kupię - 3 X NIE

Lubię nowości. I niekoniecznie musi to być jakiś przełom w kosmetologii, jakaś odjechana innowacja. Wystarczy, że trafię nie kosmetyk, którego wcześniej nie miałam. Który dopiero pojawił się na sklepowych półkach, albo był na nich cały czas, tylko z jakiegoś powodu go nie dostrzegłam. Dziś 3X NIE. Produkty, które kupiłam, sprawdziłam pierwszy raz w życiu i do których na pewno nie wrócę. W tym przypadku zdanie "nigdy nie mów nigdy" zahacza o cud, bo ja jestem pewna, że złamanego grosza na te kosmetyki więcej nie wydam :D



Może zacznę o najgorszego, czyli od skarpetek złuszczających Comofort + marki Bielenda. Ja rzadko sięgam po tego typu rzeczy. Nie mam większego problemu ze skórą stóp, chciałam po prostu by latem wyglądały trochę lepiej. Użyłam ich dosłownie kilka dni temu, więc możecie spytać jakim prawem nazywam je bublem? Cóż, skóra mi się jeszcze nie złuszcza, wątpię aby taki zamiar miała... Problemem dyskwalifikującym jest dla mnie aplikacja. Mamy w pudełku skarpetki i mamy 2 saszetki z płynem. Założyłam foliowe skarpetki, ostrożnie wlałam płyn, następnie jeszcze ostrożniej zaczęłam wkładać zwykłe skarpety... I viola! Płyn pod wpływam nacisku zaczął unosić się do góry.. Chwyciłam za mop i #homespa dobiegło końca. Używałam w przeszłości innych skarpetek i zawsze były one lepszej jakości (a nie jak zwykła zrywka z supermarketu!) i nigdy, przenigdy nie spotkałam się z osobnymi skarpetkami i płynem złuszczającym. Nie podoba mi się takie rozwiązanie.



Drugie miejsce słusznie albo niesłusznie zajmuje krem do twarzy bardzo lubianej przeze mnie marki Tołpa. Wierzcie mi, że piszę to z wielkim smutkiem, ale trafił mi się zwyczajny bubel! Odżywczy krem wygładzający kosztował w granicach 18 zł / 50 ml. Ma całkiem fajny skład, dobrą konsystencję, nienachalny zapach.. Tylko co z tego, gdy okropnie mnie piecze skóra, kiedy tylko zdecyduję się go aplikować! Potrzebuję kremu, który po 12 godzinach pracy ukoi moją skórę, odżywi, nawilży, sprawi przyjemność. I choć w tym przypadku efekty pożądane da się dostrzec, tak nie wyobrażam sobie by ceną ich była podrażniona, szczypiąca skóra. Pół opakowania wycierpiałam, więcej nie dam rady! Szkoda, że wcześniej nie poczytałam negatywnych opinii w internecie :D



Ostatni też jest krem, ale  kategorii depilacja. To cudeńko, które bezboleśnie (a tak przynajmniej myślałam) usunie nam włoski z twarzy i innych, delikatnych miejsc. Venus - brawo za fajne opakowanie, sztyft to wygoda i higiena. Brawo też za skuteczność - włosków nie ma, skóra jest gładka! Tylko to pieczenie... to przesuszenie...to ściągniecie. Tak jak w powyższym przypadku osiągnięty efekt kosztem podrażnienie to dla mnie za wiele. Skóra po aplikacji błaga o pomoc, boli i potrzebuje kilkunastu godzin by wrócić do normalnego stanu.





piątek, 3 sierpnia 2018

Najlepszy peeling do ciała za darmo



Zazwyczaj zużycie opakowania balsamu do ciała zajmuje mi całe wieki. A zupełnie inaczej jest w przypadku peelingów i innych scrubów - one schodzą jak świeże bułki rano w sklepie. Nim otworze nowe opakowanie już widzę denko. Gdzieś tam, dawno temu przemknęły mi przed oczami peelingi kawowe Body Boom i pomyślałam - chcę! Tylko ta cena.. 60 zł za peeling, który starczy mi na tydzień, może na dwa tygodnie? Bo ja przyznaję otwarcie, peelingować się potrafię codziennie :D



Aby zaspokoić swoje kawowe potrzeby uzbierałam kilkanaście kapsułek po kawie Tassimo i przełożyłam ją do miseczki. Do swojego wynalazku dodałam wszystko to, co w kosmetykach lubię najbardziej - olejek ze słodkich migdałów, odrobinę masła shea, cynamon, chili,  witaminę E i olejek arganowy.  Uwierzcie mi - lepszego peelingu nie miałam! :D Fakt, musiałam uważać na proporcje aby nie był za tłusty, ale jednak jakiś film pozostawiał. Zwróciłam też uwagę na to aby był w miarę możliwości lepki i łatwy w aplikacji. Z mojej inwencji twórczej wyszedł mi pokaźny słoiczek, który pachnie kawą z cynamonem, a do tego świetnie złuszcza i odżywia skórę :) Dzięki olejkom i shea nie muszę po kąpieli używać balsamu. Skóra jest miękka i przyjemna w dotyku.

Lubicie bawić się w małe laboratorium kosmetyczne, czy niekoniecznie? Ja raczej nie, ale jak mogę mieć coś fajnego przy minimalnym wysiłku i za darmo... Czemu nie! Od teraz kapsułek po kawie nie wyrzucam!

czwartek, 14 czerwca 2018

Organic Shop | peeling czekoladowy vs. owocowy



Peelingi do ciała to jedne z moich ulubionych kosmetyków. Cenię sobie w nich działanie, które pozwala mi nie sięgać po kąpieli po balsam nawilżający (balsamów z kolei nie lubię :D). Fajnie, kiedy pozostawiają lekki, ale też nieco tłusty film na ciele, dobrze zdzierają martwy naskórek i przepięknie pachną. Kosmetyki do pielęgnacji ciała Organic Shop zauważyłam kiedyś w Tesco. W cenie regularnej peeling pojemności 450 g to koszt ok. 30 zł. Mi udało się kupić kiedyś na promocji za połowę! Wybrałam wersję czekoladową - rozgrzewającą i o zapachu lodów owocowych. Początkowo to ta pierwsza była bliższa memu sercu, ale potem się zadziało...


Rozumiem, że peeling rozgrzewający - rozgrzewa. W zupełności to pojmuję, ale ten peeling rozgrzewa za bardzo. Nie jest to ani przyjemne, ani konieczne! Bez tego świetnie spełnia swoje zadanie! Wygładza, oczyszcza, sprawia, że skóra jest miła w dotyku.. Tylko co z tego! Gdy zmywam go, skóra jest czerwona, podrażnione, miejscami swędzi i piecze. Nie jest to peeling dla mnie. Dodam jeszcze, że zapach, jak na czekoladę to bez fajerwerków! :D





Wersja owoce letnie ma w środku.. owoce! Niby nie jest to jakieś odkrywcze, ale fajne, podoba mi się! Peeling oczywiście nie ma właściwości rozgrzewających, tak jak poprzednik - na szczęście! Pachnie owocowo, delikatnie. Jest gęsty i treściwy. Dobrze radzi sobie z martwym naskórkiem, pozostawia skórę gładką, odżywioną i nawilżoną. Niestety już mi się skończył, ale z pewnością gdy tylko zobaczę go na jakiejś promocji, kupię kolejne opakowanie. Strzał w dziesiątkę! :)



Maseczki w płachcie A'pieu | promocyjne zakupy w Rossmannie



Lubię maseczki do twarzy! Szczególnie te peel off, które łatwo schodzą ze skóry, nic na niej nie pozostawiając. Cuda w płachcie do mnie nie przemawiały, bo zazwyczaj płachta była za duża i pobrudziłam sobie włosy. Albo była na tyle zlepiona, że przypadkowo ją rozdarłam. Jeśli nie było tak, to z kolei była na tyle obficie nasączona, że skapnęła mi do oka i z relaksu nici... I cena! Maska w płachcie to koszt nierzadko w granicach 10-15 zł. Nie jest to tak dużo, ale z drugiej strony... kilkanaście minut płachta poleży nam na twarzy i idzie do kosza. Dałam szansę płachtom podczas promocji 2+2 na pielęgnację do twarzy. Kupiłam wtedy osiem maseczek marki A'pieu. Skorzystałam i ze swojej aplikacji Rossmann w telefonie i z aplikacji mojej mamy. W rezultacie za osiem maseczek w płachcie zapłaciłam 40 zł, a nie 80. Niezły deal! :D



Nie będę rozpisywać się o wszystkich tych maseczkach osobno. One są mega podobne, w sumie w moim odczuciu różni je tylko zapach. Z serii Icing Sweet Bar miałam 3 sztuki - arbuzową, ananasową i mojito. Bardzo spodobały mi się te urocze opakowania w formie lodów. Świetne! Może właśnie ze względu na nie, pozwoliłam sobie zamarzyć o efekcie chłodzącym, gdy tylko płachta trafi na moją twarz! Niestety - myliłam się. Maseczki te nie chłodzą, albo ja jestem dziwna i niczego takiego nie poczułam. Z pewnością natomiast odświeżają skórę, dodają jej zdrowego blasku i nawilżają. Stosowałam je, kiedy byłam nieco za mocno opalona przez słoneczko i dzięki nim moja skóra szybko wróciła do normy. Zapach jest przyjemny i dyskretny. Płachta - jak zawsze, według mnie trochę za duża.



Jak widzicie - bananową maseczkę musiałam otworzyć! Nie mogłam się powstrzymać i niedługo przed robieniem zdjęć na bloga już ją otworzyłam :) Pachnie obłędnie! Każda wielbicielka bananów musi ją wypróbować! Nawilża bardzo przyzwoicie - wersja brzoskwiniowa tak samo. Maseczka z miodem Canola z kolei wydaje mi się najbardziej odżywcza dla skóry z całego zestawienia.


Mleczne maseczki A'pieu miałam tylko w odsłonie truskawkowej i czekoladowej. Jest jeszcze kokosowa, klasyczna, zielona herbata (?). Mamy w czym wybierać w każdym razie :) Ta seria także zrobiła na mnie dobre wrażenie. Może zaznaczę jeszcze raz - według mnie wszystkie te maseczki są w zbyt dużych płachtach! To jedyny minus, którego się dopatruję. Co najważniejsze- dają natychmiastowy efekt. Skóra od razu po użyciu wygląda lepiej i zdrowiej. Wersja mleczna dobrze nawilża i odżywia. Przyjemnie też pachnie, szczególnie czekoladowa maseczka :)

Jeśli żadnej jeszcze nie miałyście to polecam na pierwszy raz wybrać maseczkę bananową - Sweet Banana Sheet Mask! Po niej zapragniecie już tylko kolejnych maseczek w płachcie :D

wtorek, 8 maja 2018

Szampon kokosowy głęboko nawilżający | Do włosów gęstych, kręconych, puszących się


Nie mogę się doczekać, kiedy znowu będę za granicą i zajdę do sklepu Lush. Moje uwielbienie do tej marki jest tak ogromne, że rozważam już nawet zakupy przez ich sklep internetowy :DDD Szampon kokosowy do włosów Curly Wurly kupiłam bez żadnego namysłu. Wiedziałam po prostu, że zmieści mi się do podręcznego jeszcze jakieś maleństwo. Kompletnie nie myślałam, że pokocham ten kosmetyk, że w sumie to moje włosy go pokochają i dozuję sobie resztki gdzieś tam na dnie bym mogła się nim cieszyć jeszcze trochę. 

100g kosztowało coś ok. 8 funtów. Opakowanie, jak widzicie jest standardowe, czarne, wygodne i praktyczne. Zdecydowanie na plus. Zapach kokosowy oczywiście, ale delikatny, trochę może specyficzny, nie jest to taki kokos przesłodzony, chemiczny. Konsystencja jest mega gęsta, dodatkowo w szamponie znajdują się wiórki kokosowe! Niesamowite! :D 



Szampon przez swoją zbitą konsystencję i słabe pienienie stosunkowo szybko znika z pojemniczka. Jego aplikacja też nie jest taka super prosta. Najlepiej trochę produktu nanieść na dłonie, następnie rozetrzeć, dodać nieco wody i rozprowadzić na skórze głowy. Co do samego działania i efektów, nie mam żadnego ale! Kosmetyk jest rewelacyjny szczególnie do włosów takich jak moje, czyli gęstych, przesuszonych, kręconych i puszących się. Świetnie nawilża i wygładza. Pozostawia włosy pachnące, miękkie i podatne na stylizację. Niestety nie znam drugiego takiego produktu i gdy tylko zużyję resztki, które mi zostały, moje włosy i ja będą za nim tęsknić. Jeżeli będziecie w sklepie Lush, bierzcie go w ciemno, bez względu na to jakie włosy macie, i czy lubicie kokosa. Włosy z pewnością się Wam za to odwdzięczą pięknym wyglądem! 










Skóra tłusta w strefie T, a sucha na policzkach

Gdy tylko zobaczyłam nową serię Balance T-zone marki Floslek, wiedziałam, że jest ona dla mnie! Od lat moim głównym problemem była strefa T. W sumie nie mogę marudzić, bo głównym i  jedynym. Fakt, jeszcze przesuszenia w okolicach żuchwy i policzków, ale to taki drobiazg. Ominął mnie trądzik w wieku nastoletnim, nigdy cera nie była dla mnie kompleksem. Teraz narzekam wyłącznie na nadmierne sebum i od czasu do czasu - zaskórniki.



Seria Balance T-zone jest dedykowana wszystkim, niezależnie od wieku. Ma ona za zadanie pomóc nam w codziennej pielęgnacji problematycznej skóry w strefie T, czyli czoło nos i broda, przy czym też nie wysuszać delikatnej i często przesuszonej skóry na policzkach. Dla mnie to strzał w dziesiątkę. Widzę różnicę odkąd stosuję te kosmetyki, i oczywiście choć problem całkowicie nie zniknął, jest mi o niebo łatwiej dbać o skórę twarzy. Linia składa się z czterech produktów: glinki myjącej, peelingu z kwasami AHA, kremu korygującego z kwasami i kremu normalizującego. Dziś chciałabym Wam trochę powiedzieć o dwóch pierwszych, czyli o glince i peelingu.



Zacznę od peelingu z kwasami AHA, bo jest on moim ulubieńcem i absolutnym faworytem całej tej serii. Znajduje się w praktycznej, estetycznej tubie o pojemności 125 g. Kosztuje 30 zł. Zawsze wolałam klasyczne peelingi z cukrem lub solą w składzie. Przy pierwszym użyciu widzę, że ten jest przezroczysty, a złuszczać mi skórę nie będą żadne drobinki tylko owocowe kwasy AHA. Ciekawie - pomyślałam, nałożyłam okrężnymi ruchami i już prawie stwierdziłam, że to nie dla mnie, ale... Zobaczyłam na palcach mój martwy naskórek z twarzy. Nie towarzyszyło mi uczucie pieczenia, skóra nie była nawet odrobinę zaczerwieniona. Moje zdziwienie, że to w ogóle działa było spore. Zmywałam peeling z twarzy, osuszyłam skórę. I co zobaczyłam po pierwszym użyciu? Twarz była bardzo przyjemna w dotyku - miękka, lekko napięta, świeża. Czasami czuje się taką trudną do opisania świeżość na buzi. Sięgnęłam po peeling kolejny raz, i kolejny, kolejny.. Jakie efekty są przy regularnym stosowaniu? Problem z zaskórnikami, w moim przypadku często wągrami jest dużo mniej nasilony niż kiedyś. Skóra wciąż ma skłonności do wydzielania nadmiernego sebum, ale widzę poprawę. Zdarzało mi się, że czułam tzw "skorupkę" na twarzy, pomimo dokładnego oczyszczania. Teraz, gdy używam tego peelingu już tak nie mam. Skóra nie jest idealna, ale nie stwarza też problemów. Nie świeci się w sposób niepożądany, tak jak wcześniej, rzadko mnie już zaskakuje, a wągry na nosie są mniej widoczne i jest ich po prostu mniej.


Przy użyciem peelingu sięgam po glinkę kaolinową, myjącą. Czasami przetrzymuję ją chwilę na skórze w formie maseczki, czasami po prostu łączę z wodą i przemywam twarz. Ma ona pojemność 125 ml, a jej cena to 37,90 zł. Konsystencja jest średnio gęsta, dobra do aplikacji, nie spływa, pozostawiona dłużej zastyga. Działanie jest bardzo delikatne, tak samo jak peeling nie pozostawia skóry zaczerwienionej. Sprawdzi się do oczyszczania skóry wrażliwej i naczyniowej. Stosowana samodzielnie fajnie oczyści skórę, nada jej świeżości, zdrowego blasku, zredukuje powstawanie zaskórników. Używanie jej, tak jak ja, przed peelingiem wzmocni jego efekt.




Ta seria to mój hit i z przyjemnością polecam ją każdemu, kto boryka się ze swoją świecącą skórą, ale ceni sobie nieinwazyjne, skuteczne działanie. Kosmetyki są delikatne, przy regularnym stosowaniu przynoszą długotrwałe efekty, a już po pierwszej aplikacji cieszymy się świeżą, zmatowioną i przyjemną w dotyku skórą.




Serię Balance T-zone można kupić w drogeriach stacjonarnych, a także w sklepie internetowym Floslek. Na stronie (klik!) przeczytacie opisy producenta i składy kosmetyków.

poniedziałek, 7 maja 2018

Tani zamiennik drogiego i kultowego | transparentny olejek do ust Clarins vs. AA Wings




Olejki do ust Clarins nie wiem, czy są ich najbardziej znanym produktem, może i nie, ale z pewnością wiele z Was je widziało, wiele z Was je ma, albo planowało zakup. Ja zdecydowałam się na klasyczny 01 Honey, o żółtej, intensywnej barwie, transparentny, choć widziałam też bardziej odjechane; czerwone, pomarańczowe, nawet niebieskie i z drobinkami. Myślę, że kupiłabym każdy, gdyby nie fakt, że cena takiego olejku to 89 zł. Może nie jakaś tragedia.. ale z drugiej strony, to tylko olejek, żaden tam produkt pierwszej potrzeby :DDD

Podczas promocji w Rossmanie skusiłam się na olejek firmy AA Wings Glamgold, także w żółtym kolorze, również przezroczysty, jednak z drobinkami. Są nieco tandetne, ale dla mnie pomalowane usta tym olejkiem są takim dopełnieniem makijażu wakacyjnego! Opalenizna, wytuszowane rzęsy i błyszczące, roziskrzone w słońcu drobiny na ustach! Lubię to :) Olejek kosztował jakieś 15 zł, nie pamiętam dokładnie.. na pewno był przynajmniej 4 x tańszy od olejku Clarins. Czemu w ogóle o nich piszę? Bo działaniem są mega podobne! W krótkim porównaniu przekonam Was dlaczego :)



Opakowanie 
Tutaj oczywiście punkt dla Clarins! Zdecydowanie bardziej eleganckie, aplikator również wygodniejszy, szerszy, lepiej się nim maluje. AA niestety w moim odczuciu postawiło na taniochę i olejek prezentuje się niczym błyszczyk z lat 90. Napisy się ścierają, ta biała nakrętka... meh! Mi się nie podoba! I co najgorsze... tuż przy wspomnianej brzydkiej nakrętce często wylewa się nadmiar kosmetyku. Trzeba pamiętać, aby go przecierać chusteczką, nim olejek wyląduje w torebce, czy kieszeni...

Konsystencja 
Oba olejki są gęste, a sama aplikacja to przyjemność. Clarins jest na ustach niewyczuwalny, nie lepi się, naprawdę mamy tutaj komfort noszenia i efekt ten jest długotrwały. Co do AA - bardzo podobnie, aczkolwiek olejek krócej trzyma się na ustach.




Zapach
Wąchałam olejek Clarins wiele razy i trudno jest mi określić jego zapach. Jest bardzo delikatny i subtelny, może ja czuję trochę ten miód? AA z kolei pachnie słodko, ale niestety - zapach jest kolejną cechą, która na myśl przywodzi mi tani błyszczyk. Chemiczny, nieprzyjemny.

Działanie
Pomimo ogromnej różnicy w cenie olejków,  tak naprawdę aż tak wiele ich nie różni. Na pewno wszystkie te detale estetyczne, jak opakowanie, zapach, etykietki, jednak gdy miałabym w identycznych buteleczkach te dwa olejki pewnie stwierdziłabym, że to jedno i to samo. Fakt, tak jak wspomniałam Clarins trochę dłużej wytrzymuje na ustach, co przełoży się nieco na wydajność, ale działanie pielęgnujące jest takie samo. Oba olejki fajnie usta odżywiają, dodają im blasku, pełności i zdrowego wyglądu.

Skład
Clarins ma składzie olej jojoba, olej ze śliwki mirabelki, z orzecha laskowego.. AA w składzie też posiada wiele fajnych olejków, chociażby arganowy, ze słodkich migdałów, z awokado..



Niby nie szata zdobi człowieka, ale... zawsze te zewnętrzne cechy przyciągają ludzi. Clarins jest marką ekskluzywną, z wysokiej półki nie tylko cenowej, także jakościowej. AA mimo że wizualnie nie dorasta do pięt, to działaniem dorównuje poziomem! Uważam, że marka ta powinna zainwestować w opakowanie tego produktu, podnieść jego cenę, (niech i kosztuje 30 zł)  i cieszyć się kultowym kosmetykiem. Byłby on wówczas takim złotym środkiem dla tych dwóch olejków.


czwartek, 26 kwietnia 2018

Co kupiłam na promocji -55% w Rossmannie?

Akcje -55 w Rossmannie ostatnio nie wzbudzają we mnie entuzjazmu, bo przecież ileż można nakupować kosmetyków, i co potem z nimi robić. Dodatkowo nie spodobały mi się warunki całej ten promocji - trzeba kupić minimum 3 rzeczy z różnej kategorii. Wcześniej tak nie było. Aplikacja Rossmann też kiedyś nie była warunkiem koniecznym.. Ale co do aplikacji - podczas akcji -55 warto właśnie przez internet zrobić zakupy. Jestem bardzo zadowolona,  bo kosmetyki wbrew moim obawom były nieobmacane, zapakowane, z naklejkami. 



Kupiłam dwa odcienie Max Factor z serii Colour Elixir Cushion, 030 Majesty Berry i 020 Splendor Chic. To takie pomadko - błyszczyki. Niby konsystencją bliżej im do tych drugich, ale pigmentacją do pierwszych. Dobrze się je nosi, na pewno napiszę o nich coś więcej. 



W ostatnim czasie takie marki jak Lovely, czy Wibo wypuszczają rożne nowości przy których trudno przejść obojętnie! Rozświetlacz Glow Junky kosztował grosze! Ciekawa jestem, jak się sprawdzi, bo wygląda naprawdę fajnie :) Odcień, który wybrałam to 02 Strawberry - ciepły, trochę szampański, trochę złoty.. Idealny na lato, na opalonej buzi :)



Akurat błyszczyków w odcieniu nude nigdy za wiele! Do mojego koszyka powędrował Honey Lacquer Max Factor, Honey Nude. Prezentuje się nieźle :) A i podobno fajną ma pigmentację. Sprawdzimy! Maybelline, Total Temptation Brow Definer to kredka ze szczoteczką do brwi. Zakup jej był może trochę nieprzemyślany, ale jak na razie rozczarowana nie jestem. Duży plus za szczoteczkę!


Z marką AA nie jest mi po drodze. Nigdy ich oferta jakoś specjalnie mnie nie zainteresowała. Skusiłam się na olejek do ust 19 GlamGold, tylko dlatego, że szukałam tańszego odpowiednika olejku do ust z Clarins. Nie prezentuje się tak elegancko, opakowanie może i jest tandetne i kojarzy się z błyszczykami ze szkolnych czasów, ale jakościowo jest ok. Fajnie usta powiększa optycznie, dodaje blasku, a drobinki, choć ich wiele są małe i dyskretne. Zdecydowanie dodają uroku. 




Korektor Maybelline, Instant Anti Age, Eraser 01 Light był dla mnie obowiązkowym punktem. Nie było łatwo go kupić, bo wiele kobiet polowało na ten kosmetyk. Słyszałam mnóstwo pochlebnych opinii, ale też trochę negatywnych... Na pewno pojawi się jego recenzja. PS. Drażni mnie ta niehigieniczna gąbeczka! Zupełnie nie rozumiem tego pomysłu...  

To byłoby wszystko. Co Wy sobie kupiłyście? Było szaleństwo, czy raczej przemyślane zakupy? 




poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Najlepszy rozświetlacz | Mary Lou Manizer



Uwielbiam rozświetlacze! I uwielbiam markę The Balm. Zazwyczaj sięgam po te kremowe (klik!), albo w formie fluidu, ale z racji tego, że moja skóra ostatnio trochę za bardzo się świeci, zapragnęłam Mary Lou. Dostałam ten kosmetyk w prezencie i od pierwszego użycia wiedziałam, że pochlebne recenzje na jego temat nie są żadną ściemą! Ten rozświetlacz jest rewelacyjny! To must have w kosmetyczce!




8.5 g będzie nasz kosztowało trochę kasy, jednak w dużej mierze zależy to od miejsca zakupu. Polecałabym kupować raczej przez internet, gdzie ceny nie przekraczają 70 zł. W drogeriach stacjonarnych wydamy 105 zł (Douglas). Opakowanie jest dziewczęce i solidne, z lustereczkiem. Zdecydowanie trafia w mój gust! I pewnie nie tylko w mój :)




Odcień jest uniwersalny, dla jasnej/średniej karnacji, typowo szampański. Drobinki są bardzo dobrze roztarte, dzięki czemu nie musimy się martwić, że uzyskamy tandetny, brokatowy efekt. Rozświetlacz łatwo stopniować, możemy uzyskać naprawdę głęboką taflę, podkreślić łuk kupidyna, albo delikatnie odświeżyć nasz codzienny makijaż. Pomimo swojej konsystencji nie wysusza, ani nie podkreśla skórek. Dobrze współpracuje z innymi kosmetykami do makijażu twarzy. Jest również wydajny, nie kruszy się, nie obsypuje. Znika z twarzy równomiernie, i muszę zaznaczyć że wygląda w porządku przez cały dzień, nawet bez poprawek.





I pigmentacja! Zobaczcie! To tylko lekkie muśnięcie palcami po rozświetlaczu :) Nigdy czegoś takiego nie miałam! Wiem, że większość z Was kupiła go dawno, dawno temu, ale... jeśli ktoś tak jak ja, zwlekał z tym do tej pory - naprawcie swój błąd! Nie pożałujecie! :)




wtorek, 17 kwietnia 2018

Sugar Scrubs, L'Oreal | Warto wypróbować?


Po glinkowych maskach L'Oreala nie miałam już ochoty testować ich nowości. Zawiodłam się, zobaczyłam, że szału nie ma i zniechęciłam. Gdy pojawiły się w sprzedaży peelingi Sugar Scrubs podeszłam do nich sceptycznie, zrażona doświadczeniami. Niby chciałam spróbować, jednak przy każdej możliwej okazji i próbie, kosmetyk wędrował z mojego koszyka ponownie na półkę. 



Przyczaiły się na mnie w Carrefourze, kiedy zmęczona po pracy robiłam zakupy spożywcze. Rzuciłam okiem, są. Dostępne wszystkie wersje - z kiwi, masłem kakaowym i z pestkami winogron. Myślę, nie... daruję sobie. Zerkam cena promocyjna 25 zł.. myślę, myślę.. w końcu kupiłam. Uwielbiam peelingi, czy do ciała, czy twarzy.. Nałóg wygrał. Skusiłam się na wersję odżywczą z dodatkiem masła kakaowego, z ziarenkami kakaowca i olejem kokosowym. Jego pojemność to 50 ml. Znajduje się w szklanym, solidnym słoiczku. 



Odpowiadając na pytanie.. Czy warto wypróbować? Zdecydowanie warto! Cieszę się, że pomimo mojego nastawienia i chwilowego focha na L'Oreal jednak dałam się skusić. Peeling ma bardzo przyjemną, kremową, gęstą i tłustą konsystencję. Jest wydajny, aplikuje się bezproblemowo. Chociaż nie jest typowym zdzierakiem (jak najbardziej dla osób o wrażliwej i naczyniowej cerze!) dokładnie oczyszcza skórę i pozostawia ją gładką i miękką w dotyku. Zaskoczenie jest niemałe. Kosmetyk ten spełnia wszystkie moje wymagania do peelingów - oczyszcza, wygładza, odżywia, a na dodatek ładnie pachnie (hmm.. czekoladowo?) i jest zamknięty w porządnie wykonanym opakowaniu. Myślałam, że nie wypróbuję żadnego z Sugar Scrubs. Dzisiaj myślę, który będzie kolejny. Chyba oczyszczający z kiwi :)

Miękka, czarna kredka do smoky eyes

Szukacie taniej i dobrej kredki do oczu? Idealnej do smoky eyes? Miękkiej, o ładnym, czystym czarnym kolorze? Revive Lashes od marki Floslek wszystkie te cechy posiada.  Mało tego! Jest automatyczna i zakończona gąbeczką do rozcierania :)



W przypadku kredek do oczu najważniejsza jest dla mnie ich konsystencja. Mam oczy bardzo wrażliwe i nienawidzę wręcz, gdy kredka jest za twarda, rysuje mi powiekę, kuje, podrażnia. Musi być mięciutka, łatwa do rozcierania, o dobrej pigmentacji. Taka abym mogła użyć jej w biegu, bez obawy o oczy i makijaż. Revive Lashes to kredka dzięki której stworzysz fajny, przydymiony smoky eyes, subtelnie podkreślisz dolną powiekę, bez problemu narysujesz też prostą, geometryczną kreskę. Jedynym minusem jest jej trwałość - czasami lubi się rozmazać w kącikach, ale przy użyciu bazy na powiekę dzień minie nam bez poprawek i nerwowego spoglądania w lusterko.

bez rozcierania | mocno roztarta 

Jeśli jeszcze nie macie tej kredki w swojej kosmetyczce polecam wypróbować. Dodam, że posiada w swoim składzie witaminę E i jest bezpieczna nawet dla chorych oczu (sprawdzone na sobie!). Cena 13,99 zł. 

niedziela, 8 kwietnia 2018

Lip Scrub Chocolate | Lush




Akurat peeling do ust to taki kosmetyk, na który wiele kobiet prychnie i skomentuje krótko "zrobię sama, za grosze, lepszy!". Z curku i miodu. No przecież! Pewnie nawet mają te kobiety wiele racji, ale, zawsze jest jakieś ale. Mi na przykład często się nie chce samej bawić w małe laboratorium kosmetyczne. Mam świadomość, że znane i dobre marki kosmetyczne są w stanie opracować recepturę lepszą niż "z apteczki naszych babć". Mają dostęp do różnorodnych składników i wiedzą jak je zmieszać, by powstało coś fajnego. I oczywiście - nie neguję, sama chętnie zrobię sobie peeling kawowy, czy położę plastry z ogórka na oczy.. Jak równie chętnie sięgnę po produkt, tak zwanego "gotowca", którego odwtorzenie ludziom w domu wydaje się takie proste.




Lip Scrub w wersji Chocolate od Lush kosztował mnie w przeliczeniu na złotówki ok. 30 zł (prawdopodobnie trafiłam na promocję, bo na stronie internetowej Lush widzę cenę prawie 11 funtów, co jest przesadą). Dużo i nie. Biorąc pod uwagę, że gdy przypadkowo trochę go zjemy nie umrzemy, bo jest zrobiony z samych naturalnych składników takich jak czarna czekolada, olej jojoba, ekstrakt z kakaowca, czy olejek z pomarańczy - cena nie jest wysoka. Jednak to tylko peeling do ust, malutki, o pojemności zaledwie 20 g - trzy dychy to wcale nie tak mało.



Zapach jest wspaniały i to uderzyło mnie już przy pierwszym kontakcie z tym peelingiem. Czekolada, taka mleczna, taka realna, absolutnie nie chemiczna, z kawałkami pomarańczy. Wszystko wyważone i subtelne, nie nachalne i nie męczące nosa. Konsystencja.. no właśnie, konsystencja jest według mnie największą wadą tego produktu i wiele mu ujmuje. Peeling jest w moim odczuciu za suchy przez co jego aplikacja jest utrudniona. Nie przykleja się dobrze do ust, musimy uważać, aby kawałki produktu nie spadały nam na podłogę. Ja nakładam go mocno zwilżonymi placami i to już robi jakąś różnicę. Na plus jest jak najbardziej opakowanie - ładny, estetyczny słoiczek :)




Najważniejsze jest przecież działanie i pomijając średnią konsystencję tutaj rozczarowania nie było. Usta po użyciu peelingu są dobrze wygładzone, miękkie, odżywione, naturalnie zaczerwienione., optycznie pełniejsze. Odnoszę wrażenie, że efekt ten jest długotrwały - dawno nie miałam problemu ze spierzchniętymi ustami! Warto też skusić się na taki zabieg przed nałożeniem np. matowej, wymagającej szminki. Jeśli tak jak ja nie zawsze macie czas i ochotę robić kosmetyki hand made - radzę wypróbować (również hand made) od Lusha :) Było mnóstwo wersji, każdy znajdzie coś dla siebie. Ja następnym razem przygarnę Bubblegum!


wtorek, 3 kwietnia 2018

Soap & Glory | Breakfast Scrub


Soap Glory to marka, której produkty najlepiej kupić będąc za granicą. W Polsce cena potrafi być nawet o 50% wyższa. Za peeling do ciała Breakfast zapłaciłam na złotówki ok. 40 zł | 300 ml. Na stronie np. British Shop identyczny kupicie za 70 zł + koszty wysyłki.. Kompletnie się to nie opłaca, i nawet jeśli w najbliższych planach nie mamy wyjazdu za granicę, to lepiej poczekać, odpuścić na jakiś czas temat tych kosmetyków. Są one super, ale chyba nie na tyle by płacić niemal (czasami ponad) dwa razy więcej .


Peeling z ekstraktem miodu, orzechów, masła shea, banana, czy migdałów musi pachnieć jak smaczna owsianka. I tak też jest! Słodko i smacznie. Wyobrażam sobie jednak, że można tego zapachu nie pokochać. Czuję w nim trochę chemii, na swój sposób jest specyficzny, może męczyć. Konsystencja jak widzicie na zdjęciu jest bardzo gęsta. Lepka, klejąca, taka "ciągnąca się". Przekłada się to na wydajność, która jest świetna. Naprawdę niewiele produktu wystarczy by zrobić peeling całego ciała. 



Działanie jest delikatne, ale skuteczne, mimo że peeling zaliczam pod kątem "zdzierania" do tych słabszych. Drobinki soli są małe, nie są ostre przez co cały ten efekt szorowania martwego naskórka przypomina bardziej masaż relaksacyjny niż walką z nim. Mi to jednak absolutnie nie przeszkadza, bo pomimo to, gdy zmywam kosmetyk z ciała czuję różnicę - skóra jest wygładzona na odpowiednim poziomie, jest też odżywiona i miła w dotyku. Peeling ten sprawdzi się dobrze w codziennej pielęgnacji. Nie widzę przeciwwskazań by stosować go częściej niż standardowe tego typu produkty. Nie podrażnia skóry, fajnie ją pielęgnuje, nadaje się też do skóry wrażliwej i naczyniowej. 



Glycerin, Sodium chloride, Maris sal (Sea salt), Sucrose, Glyceryl stearate, Polysorbate 20, Caprylic/capric triglyceride, Butylene glycol, PEG-100 stearate, Hydrated silica, Avena sativa (Oat) kernel meal, Aqua (Water), Butyrospermum parkii (shea) butter, Parfum (Fragrance), Benzyl benzoate, Theobroma grandiflorum seed powder, Dipropylene glycol, Mel (Honey), Prunus amygdalus dulsis (sweet almond) seed extract, Musa sapientum (Banana) fruit extract, Benzyl alcohol, Phenoxyethanol, Denatonium benzoate, Benzoic acid

czwartek, 29 marca 2018

Ile kasy na weekend w Londynie? | Paragon z Anglii



Londyn jest miastem drogim, ale da radę zwiedzić go bez wyrzeczeń i milionów na koncie. Ja w stolicy Anglii byłam równo dwa pełne dni (nie liczę dnia wylotu i powrotu). Nocleg znaleziony w internecie niedługo przed podróżą kosztował mnie tylko 200 zł za 3 noce od osoby! Jeśli się chce, to naprawdę można znaleźć atrakcyjną ofertę. Loty kosztowały mnie 79 zł  w obie strony za osobę liniami Ryanair. Samolot lądował na lotnisku Stansted a pokój wynajęłam w strefie 3, więc trzeba było jakoś tam dotrzeć. Jeżdżą busy, pociągi i taksówki. Wybrałam opcję pierwszą i zapłaciłam już w obie strony 18 funtów. (tak, opłaca się od razu kupić w obie strony). Po samym Londynie poruszałam się albo pieszo, albo autobusami i pociągami DLR. Koszt biletu dziennego (wyłączając godziny szczytu ok. 9-10 rano i ok. 16-19, coś koło tego) to 12,3 funta. Bilety takie zakupiłam dwa. 



James's Park | okolice London Eye | sklep Lush na Oxford Street | Emma w muzeum MT| okolice Camden| London Eye 


Ceny - transport i nocleg - od osoby 

Samolot - 79 zł 
Nocleg - 200 zł / 3 noce w 3 strefie
Bilet dzienny na autobus/pociąg - ok. 60 zł x 2
Transport Stansted - Londyn - ok.  90 zł 

Podsumowanie: ok. 500 zł za wszelkiego rodzaju transport i nocleg. Dużo? Niby tylko wypad weekendowy, więc nie tak mało, ale już biorąc pod uwagę, że w tej cenie znajduje się lot, nocleg, wszystkie bilety komunikacyjne... 


Muzea w Londynie są zazwyczaj darmowe, ale jeśli najdzie Was ochota np. na Muzeum Madame Tussauds to za wejście zapłacicie 35 funtów, czyli ok. 180 zł. Byłam, widziałam i polecam, jednak może o tym innym razem, gdyż skupiamy się na wersji niskobudżetowej. Za zwiedzanie więc nie płacimy, korzystamy z wystaw i atrakcji, które stolica Anglii oferuje nam za darmo. Muzeum Nauki na Kensington i spacerki, a jest co oglądać! 

Jedzenie nie jest tanie, nawet w fast foodach. Za kanapkę w Burger Kingu zapłaciłam niecałe 7 funtów, dlatego polecam odpuścić sobie tego typu miejsca, jeżeli dysponujemy małym budżetem. Najtaniej jest chyba w Lidlu, trochę drożej w Tesco. Możemy robić tam zakupy i przyrządzać posiłki samodzielnie. Na 2-3 dni w Londynie na jedzenie i picie spokojnie powinno nam wystarczyć 40-50 funtów od osoby, czyli ok. 200 zł. Dysponując taką kwotą na pewno nie będziecie ani głodni, ani spragnieni.  

Przykładowe ceny art spożywczych w funtach:

opakowanie bułeczek słodkich - ok. £1-1,5 
mała kawa Cocio - £1
cola 1,75 l. - ok.  £1,5 - 2
pringlesy - £1-1,5
czekoladowe drażetki - £0,8
mały sok pomarańczowy - £
bułka biała - £0,3
piwo - £1,5 - 2
zestaw w Maku wrap + napój + frytki - £ 5,5 - 6
duża kanapka w Burger Kingu - £6,5
batonik zbożowy - £0,6 - 0,8

Big Ben niestety zakryty :( | uwielbiam ich autobusy! | peron 9 i 3/4 :D


Tak naprawdę wszystko zależy, gdzie zrobimy zakupy. Jest mnóstwo promocji typu 2 za 1, 3 za 2. Nie tak jak u nas raz na jakiś czas. Trzeba się rozglądać, mądrze wybierać i kasę zaoszczędzimy. 


Myślę, że w kwocie 700 zł od osoby spokojnie można zamknąć wypad weekendowy do Londynu, o ile los się do nas uśmiechnie i uda nam się kupić tanio bilety lotnicze i zaklepać nocleg. Przyoszczędzoną forsę polecam wydać w sklepach na Oxford Street lub przeznaczyć na kolejną podróż :) * Wpis jak najbardziej jest subiektywny, stworzony na podstawie moich doświadczeń.